10 kwietnia 1912 roku, dokładnie w południe na mostku Royal Mail Steamer Titanic padła komenda Full ahead. Powietrze w Southampton wypełniło przeciągłe buczenie syren. Ogromny liniowiec wyruszył rejs... Dzień wcześniej na dworcu Estacion de Atocha w Madrycie, podróżni zajmowali miejsca w kolejowych wagonach. Wśród tłumu ukryli się jeszcze wtedy anonimowi bohaterowie. Srebrna nić losu prowadzi ich wprost do Władywostoku. Czy podróż potrafi odmienić los?
RSS
wtorek, 07 sierpnia 2012
***

Laura obudziła się...
Okazało się, że to był tylko sen...
Dziwni towarzysze podróży, dziwne przygody, niewyjaśnione zjawiska...
Pozostała tylko szara rzeczywistość. Zazdrosny mąż, od którego nie da się uciec. Nie da się na jawie, ale można we śnie.
Laura, gdy tylko sobie to uświadomiła, od razu zapragnęła ponownie pogrążyć się w tym śnie... W śnie, w którym była wolna i wiodła tak ciekawe życie.

 

 

21:33, donnavecchia
Link Komentarze (2) »
piątek, 20 maja 2011
drugie dno

 
Ostrze noża dość opornie wciskało się w dno walizy. Rodrigo mierzył precyzyjnie tuż przy ściance. Przez chwilę mocował się, poddając rękojeść coraz większemu naciskowi ciężaru swojego ciała. Nagle stracił równowagę, bowiem dno ustąpiło. Rodrigo ostrożnie rozcinał dno wdłuż obwodu. Dłuższy bok. Zakręt. Krótki bok. Mocne cięcie dłuższego boku. Z przyspieszonym biciem serca Rodrigo odłożył nóż i odchylił odcięte wzdłuż trzech boków dno. Czego można spodziewać się w skrytce, jeśli w dostępnym bez odcinania miejscu znajdujesz majątek? Tylko tajemnicy. Czegoś, co jest ważniejsze dla kogoś niż drogie kamienie czy banknoty. Obok walizy na podłodze wylądowała kamienna szkatuła, sześć książek, ciężka skórzana sakiewka i trzy niewielkie falkony wypełnione gęstym płynem.

Szkatułka. Zacznę od szkatułki - mruknął do siebie Rodrigo. Z całkiem pokaźnego opakowania Rodrigo wyjął zawiniątko. Całkiem ciężkie zawiniątko. Rodrigo wsunął palce pod sukno i wyczuł misterny kształt. Spod materiału wyciągnął... pozytywkę. Piękna - podziwiał mistrzowskie wykonanie figurek. Jaka inna figurka mogłaby być na pozytywce - tancerka, tylko tancerka. Dziewczyna pomalowana była w większości białą farbą. Miała ciemne, upięte w kok włosy, delikatną tutu i baletki na smukłych nogach. Partnerował jej - wcale nie tancerz! Obok dziewczyny, na podstawce pozytywki stał mężczyzna przyodziany w karmazynowy frak, spod którego widać było czarną koszulę. W jednej dłoni mężczyzna trzymał berło, a drugą prawie dotykał tancerki. Nie ma jak nakręcić pozytywki - zmartwił się Portugalczyk. Rodrigo dokładnie obejrzał podstawę zabawki i znalazł w niej trzy otwory. Otwory na klucze. Jeszcze tego brakowało, żeby pasował do któregoś z nich tajemniczy klucz z numerem 77 - zaniepokoiło go. Ale nie zdecydował się tego sprawdzić - to niemożliwe po prostu... Nie-moż-li-we!

13:07, seventh_sense
Link Komentarze (3) »
niedziela, 13 marca 2011
***
- O Boże, zapomniałam kapelusza, Lilou zaraz przyjdę do naszego przedziału - powiedziała uśmiechając się ze szczęścia Laura.
Wydawało jej się, że teraz podróż upłynie jej spokojnie w towarzystwie Lilou. Spokojnie a jednak nie nudno, o czym już się przekonała tego wieczoru, a właściwie nocy spędzonej razem przy butelkach wina.
Wracając do swego dawnego przedziału minęła w korytarzu przystojnego nieznajomego, na którego zwróciła uwagę w przedziale restauracyjnym.
- Kimże może być ten mężczyzna? - pomyślała Laura.
Po chwili jednak zła sama na siebie zaczęła myśleć o tym, że przecież nie po to ucieka od jednego mężczyzny aby szukać następnego i zastanawiać się kim może być każdy ze spotkanych mężczyzn. To jednak nie tak. Ona nie zastanawiała się kim jest każdy mężczyzna, w tym jednak było coś takiego, co przyciągało jej uwagę i myśli.
Stanęła w swoim dawnym przedziale. Rozejrzała się za kapeluszem. Zaczęła myśleć o Olegu, co się mogło z nim stać, gdzie tak nagle zniknął. Położyła się na chwilę na jego łóżku aby poczuć jego zapach. Nie był on mężczyzną, dla którego potrafiłaby stracić głowę, polubiła go jednak i martwiła się co mogło się z nim stać.
Usłyszała pukanie do drzwi przedziału.
- Proszę
- Przepraszam uniżenie - w drzwiach przedziału pojawił się sleepingowy ze swoim kocim wyrazem twarzy - ale czy Pani zmienia przedział?
- Oczywiście! I jestem oburzona Pańskim zachowaniem. Jak się okazuje u Pani Legeantou jest wolne miejsce w przedziale i to od samego początku podróży! Jak Pan mógł mnie tak okłamać?!
- Ależ szanowna Pani na liście pasażerów mam dwoje podróżnych w przedziale Pani Legeantou. Widocznie ktoś nie dotarł na czas i dlatego jest wolne miejsce w tamtym przedziale. Uniżenie Panią przepraszam, choć w momencie wyjazdu pociągu ze stacji było dość spore zamieszanie i nie zwróciłem na to uwagi. Z przyjemnością Pani pomogę w przeniesieniu rzeczy do tamtego przedziału.
- Dziękuję, już sobie poradziłam, a teraz byłabym wdzięczna gdyby zostawił mnie Pan w spokoju!
- Z przyjemnością zagwarantuję Pani spokój Pani Civetta - powiedział sleepingowy ze złośliwym wyrazem twarzy.
Laura poczuła jak osuwa się na łóżko należące do Olega i usypia...
 
15:54, donnavecchia
Link Komentarze (7) »
piątek, 21 stycznia 2011
Gdzie jest Laura?

Otwierając oczy poczuła na powiekach ciężar minionej nocy. Ostry gwizd lokomotywy wbił ostrze między skronie. - Przesadziłam, stanowczo przesadziłam… - pomyślała Lilou unosząc się z posłania. Przewinęła w myślach zapamiętane kadry w poszukiwaniu niepokojących zdarzeń, małych kompromitacji i większych wpadek. Film jednak nie zarejestrował podejrzanych ekscesów – żadnych mężczyzn, tańców na stole, lubieżnych scen. Odetchnęła z ulgą, coś jednak było nie tak. Bezradnie poszukiwała w myślach utraconego wątku. Ogarnęła wzrokiem przedział. Tuż bok łóżka stała nieznajoma walizka. – No tak, Laura! – Zapamiętała, że szły razem tak jak ustaliły – najpierw do Laury po jej rzeczy, następnie dotarły tutaj, a później… Później jej towarzyszka cofnęła się po zapomniany kapelusz i miała powrócić za moment. Najwyraźniej nie wróciła, bo łóżko nad posłaniem Lilou nie nosiło najmniejszych śladów obecności kogokolwiek. Poduszka prężyła się doskonale wykrochmaloną poszewką… - Mon Dieu… co stało się z Laurą – Lilou zdała sobie sprawę, że pogrążyła się we śnie znacznie szybciej niż powinna. – Nie pamiętam nawet kiedy zasnęłam…

Wypadła z przedziału tak jak stała – w wymiętym, noszącym jeszcze ślady snu ubraniu, z potarganą głową i niepokojem w oczach. Ostre słońce południa przeszyło jej źrenice, gdy tylko znalazła się na korytarzu. Był zupełnie pusty. Lilou ogarnęło nieodparte wrażenie, że jest jedynym pasażerem pędzącego na oślep składu. Powtórny gwizd lokomotywy dodał jej otuchy. - Chyba zbliżamy się do jakiejś miejscowości. - Ruszyła w kierunku przedziału Laury. - Może i ją zmorzył nagły sen, może jest w swoim łóżku i śpi spokojnie…  Dobry Boże, szybciej… mam złe przeczucia. - Prawie biegnąc dotarła na miejsce. Zapukała i energicznym ruchem chwyciła za klamkę.

13:40, lady_lavender
Link Komentarze (6) »
piątek, 24 grudnia 2010
na stole

 
Kot Fleur zsunął się bezszelestnie z jej kolan. Zatrzymał się w połowie pomiędzy drzwiami przedziału a śpiącą dziewczyną. Odwrócił głowę do tyłu, sprawdzając, czy bezpiecznie może opuścić swoją panią. Spała. Choroszo -mruknął pod wąsem. Prześlizgnął się szczeliną na korytarz wagonu. Spojrzał krótko w głąb korytrza. Pusto. Stąpając prawie w powietrzu, przeszedł do bawialnego. Odbijając się od czerwieni fotelowej trampoliny wskoczył na stolik, przy którym pachniało jeszcze damskimi perfumami i dymem cygar. Kot usiadł i zaczął wpartywać się w czerń za oknem. Czasami, jak gwiazda na niebie, pojawiła się latarnia lub płomień. Kot siedział nieruchomo i przyglądał się. Tak naprawdę nie wiem, czemu się przyglądał - czy tej ciemności za oknem, czy może nikłemu odbiciu swojej kociej osoby w oknie, które miał przed nosem?

Do bawialnego wszedł sleepingowy. Usiadł, przy stoliku, na którym majestatycznie, jak smukły egipski bóg siedział kot.

- Myślisz, że się uda? - zagadnął sleepingowy.
- Musi - odpowiedział kot - Za długo pracowaliśmy na to. Idź odpocznij. Za kilka godzin świta. Trzeba być gotowym. Odpocznij. Ja jeszcze chwilę popatrzę siedząc tutaj...

Sleepingowy ciężko podniósł się z fotela i skierował się w stronę ciemniejszej ciemności.

14:07, seventh_sense
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 06 grudnia 2010
czczcz... cztery...

 
- Cztery - odpowiedziała Lilou. Choć widzę czterdzieści cztery. A gdybym zaraz miała udać się na spoczynek, szukałabym przedziału cztery, cztery, cccczzz... yyyp - pardon, czzczztery i cztery. Czterrrry czwórki. Laura zawtórowała chichotem, a Fleur stwierdziła, że powinna wypić duszkiem całą butelkę, w innym wypadku nie będą ją śmieszyć rzeczy, które śmieszą w chwili obecnej Lilou i Laurę. Wypić? Czy nie wypić, oto jest pytanie. Nie wypić - pytanie samoustanowiło się odpowiedzią. Fleur z wyrazem skupienia na twarzy i ze zwężonymi ustami kiwała miarowo głową. Tak, tak... tak... Cztery... odbijało się echem tuż przy jej czole.

- Dlaczego pani pyta?

14:07, seventh_sense
Link Komentarze (24) »
Kolejna butelka

- Kolejna butelka? – Lilou klasnęła w ręce. – Jak to cudnie, doskonały pomysł. Nasza właśnie się kończy – powiedziała nalewając resztkę wina do czystego kieliszka – pani zdrowie – zaordynowała, oddając delikatne naczynie w ręce Fleur.

- Myślę, że jak tak dalej pójdzie, to nie będziemy musiały wcale opuszczać wagonu restauracyjnego. Zaczekamy tu sobie razem na śniadanie, co wy na to, moje drogie? – Laura roześmiała się jak mała dziewczynka, ucieszona swym szelmowskim planem. Jej radość miała w sobie coś z beztroskiego śmiechu podlotka, któremu wystarczy pokazać mały paluszek, by wywołać rechot do łez.

- Ja nie mam nic przeciwko temu, by zostać tu nawet do obiadu – wtórowała jej Lilou. Oczywiście pod warunkiem, że nie podadzą bażanta. Za bażanta uprzejmie dziękuję. – Lilou potrząsnęła główką w geście stanowczego zaprzeczenia. – Już nigdy nie zjem bażanta, a zwłaszcza takiego w sosie, yyyp – czknęła – w sosie orzechowym. Oj, przepraszam, chyba bażant usłyszał – powiedziała i roześmiała się równie beztrosko, jak Laura.

Fleur przyglądała się obu paniom z serdeczną pobłażliwością, sącząc w milczeniu czerwone, wytrawne wino. Cierpki smak na podniebieniu, przechodzący w łagodną, okrągłą słodycz był jak pieszczota szorstkiego z pozoru mężczyzny, łaszącego się najdelikatniejszą czułością do kobiecych piersi w odosobnieniu alkowy. Zamknęła na chwilę oczy. Wiedziała doskonale, że obie cierpią. Dostrzegła to w ich spojrzeniach. Ten uroczy epizod to tylko krótka chwila beztroski wydarta losowi przez uciekinierki, małe oszustwo, ziarenko piasku… Przeznaczenie nie pije wina, nie traci głowy, nie pozwoli się zwieść, ni oszukać; Fleur była z nim za pan brat. – A gdyby jednak spróbować przechytrzyć starego diabła? – zaświtało w jej głowie. – W końcu mogę pomylić sznurki, albo rozdać niewłaściwe koperty…

- Mademoiselle Legeantou, proszę mi powiedzieć jaki jest numer pani przedziału? – odezwała się w końcu, jakby budząc się z letargu...

13:45, lady_lavender
Link Komentarze (14) »
niedziela, 05 grudnia 2010
siedemdziesiąt siedem

- Co to do cholery? Że na jakieś randez vous mam się udać? Mruczał Rodrigo przyglądając się każdej ze stron kremowej koperty. Spalić po przeczytaniu? A może przed? Bawił się słowami sam ze sobą, w ogóle nie dopuszczając do siebie pragnienia zaspokojenia ciekawości. Ciekawość dokuczała mu przez ostatnie dni. I wcale nie dotyczyła otrzymanej przed chwilą koperty. Ciekawość drażniła go szczególnie od momentu wejścia do pociągu, od kiedy to mógł zamknąć się w swoim przedziale i spokojnie przejrzeć zawartość kufra. Nie uczynił tego jednak, żeby swoim zniknięciem nie wzbudzić niepotrzebnych podejrzeń. Tyle, czego dowiedział się o zawartości kufra, to wyłącznie pieniądze, papiery wartościowe i dłużne oraz kamienie. Ale to nie było wszystko, co skrywał kufer. Kiedy Rodrigo po raz pierwszy zanurzył w nim dłoń, oparła się na dnie sięgając niewiele ponad pół łokcia. Waliza sięgała ponad kolano! Musiała mieć jakiś dodatkowy schowek, podwójne, może potrójne dno. I tej nocy Rodrigo miał plan rozłożyć ją na czynniki pierwsze.

Koperta. Zanim zabiorę się za walizę sprawdzę list. Rodrigo wyciągnął nóż i szybko pokonał papierową krawędź. Koperta była wykonana z twardego, grubego papieru i dlatego Rodrigo nie domyślił się, że w kopercie będzie mały kawałek metalu. Mały kawałek metalu kształtem i konstrukcją do złudzenia przypominał klucz. A i w istocie rzeczy - kluczem rzeczywiście był. Stąd wrażenie, że klucz przypomina. Na kluczu wygrawerowane były dwa znaki.

77

Siedem i siedem. Co to może znaczyć? Może to numer przedziału? Może numer pokoju w jakimś moskiewskim hotelu? A może to rok produkcji, czy numer seryjny jakiegoś sejfu? A może numer abonentu telefonicznego? A może to siódmy lipca, albo lipiec tysiąc dziewięćset siódmego roku? Rodrigo snuł rozmyślania. Klucz wylądował na zawieszonym na szyi rzemieniu. W ręce wylądował nóż. Na miękkim dywanie Rodrigo przyklęknął przed walizą. Wyciągnął worek ze złotymi monetami, kilkadziesiąt plików banknotów różnych walut i teczkę z dokumentami bankowymi. Kawałkiem sznurka zmierzył różnicę wysokości mierzonej wewnątrz i na zewnątrz walizki. Dwadzieścia centymetrów! Rodrigo ze zwiększonym zapałem zabrał się za odkrywanie dwudziestocentymetrowej tajemnicy walizki.

14:07, seventh_sense
Link Komentarze (9) »
sobota, 04 grudnia 2010
***

Posłuchaj: gdy los nam porzucić pozwoli

Ten świat, gdzie tak duszą stygniemy powoli,

Być może w krainie, gdzie kłamstwo nieznane,

Ty będziesz aniołem, ja będę szatanem!

Przysięgnij, że raju szczęśliwość porzucisz

I że do dawnego kochanka powrócisz!

Wygnaniec skazany przez los na zatratę,

Niech będzie ci rajem, a ty mi wszechświatem...

Odłożyła tomik poezji Lermontowa na miejsce, z którego go wzięła. Jak łatwo wsiąknąć w drugiego człowieka, zanurzyć się w nim po utratę zmysłów.

Rzeczy Olega leżały w przedziale tak, jak je zostawił. Nie mógł odejść daleko nie zabierając ze sobą słów, w których był rozkochany, w których ramionach marzył, cierpiał, tęsknił…

Przywołała myśli do porządku; tym razem nie miała zbyt wiele czasu. Nożyczkami rozcięła podszewkę płaszcza i wyjęła rewolucyjną pocztę. Niewiele tego było. A z drugiej strony wystarczająco dużo, żeby zmylić tropiące psy. Pomiędzy papiery wsunęła kopertę otrzymaną od sleepingowego i starannie zawiązując pakiet umieściła z powrotem pod podszewką płaszcza. Rozejrzała się w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby posłużyć za igłę i nitkę. Kobiety zazwyczaj mają w swoim bagażu mnóstwo pozornie nieprzydatnych rzeczy. I chociaż Laura nie wyglądała na osobę samodzielnie używającą igły, to jednak ją miała. Za nitkę posłużył jej włos; wystarczająco mocny, a jednak uległy.

Przechodząc obok sleepingowego ukrytego w mroku korytarza usłyszała, jak z zadowoleniem mruczy pod nosem: Doskonale!. Ale to słowo było na wyrost, o czym on jeszcze nie wiedział.

- Panie nie śpią? Zaraz będzie świtać.

Przysiadła się do kobiet nie pytając nawet o pozwolenie. Skinęła na zirytowanego kelnera i zdecydowanym głosem poprosiła o butelkę czerwonego, wytrawnego wina.

12:06, chiantia
Link Komentarze (5) »
piątek, 03 grudnia 2010
patrząc z korytarza

 
Sleepingowy stał w osłonie mroku korytarza i przyglądał się pijącym Lilou i Laurze. Wszystko zgodnie z planem. Doskonale - z błyskiem w kocich oczach mruczał do siebie. Dłonią pocierał o dłoń, jakby zwrócił mu się długo wyczekiwany interes. Doskonale...

20:07, seventh_sense
Link Komentarze (2) »
***
Siedziały piły kawę i paliły papierosy. Rozmawiały o rzeczach nieistotnych. Czuły się w swoim towarzystwie jakby znały się od lat, a nie poznały raptem kilka godzin wcześniej.
- Pani Lilou, a może napijemy się wina? Myślę, że dobrze nam zrobi przed snem - powiedziała Laura
- Chętnie ale pod jednym warunkiem.
- Jakim? - zapytała zdziwiona Laura
- Że przejdziemy na ty - odparła ze śmiechem Lilou
- Przyjmuję warunek - Laura też zaczęła się śmiać - aby napić się wina dziś przyjęłabym każdy Pani, o przepraszam, każdy Twój warunek.
Podano im wino. Przy winie rozluźniły się na tyle na ile obie mogły.
- Lilou widziałaś gdzieś może Pana Olega? Gdy wróciliśmy do przedziału wyszedł od razu do salonu i nie wrócił. Tutaj też go nie ma.
- Nie, nie widziałam go. Przepraszam ale czy mogę Ci zadać bardzo osobiste pytanie?
- Pytaj.
- Czy Ciebie i Olega coś łączy? Znacie się od dawna?
- Nie, poznałam go dopiero wtedy gdy sleepingowy zaprowadził mnie do przedziału, w którym był już Pan Oleg. Na moje nieszczęście to było jedyne wolne miejsce i musiałam z nim zamieszkać w jednym przedziale.
- Jak to nie ma wolnych miejsc?! Przecież ja jestem sama w swoim przedziale - odparła zdziwiona Lilou
- Tak powiedział sleepingowy gdy poprosiłam go o zakwaterowanie w innym przedziale.
- Mam pomysł Lauro, może zamieszkasz w moim przedziale?
18:29, donnavecchia
Link Komentarze (2) »
czwartek, 02 grudnia 2010
sen
Laura udała się do swojego przedziału. Zaraz za nią wszedł Oleg. Nastała chwila niezręcznego milczenia. Oboje nie wiedzieli jak się zachować w swoim towarzystwie... znowu zostali sam na sam.
- Pani wybaczy ale muszę jeszcze na chwilę wrócić do salonu - rzekł Oleg wychodząc z przedziału.
Laura poczuła ulgę, będzie mogła przez chwilę pobyć sama. Była jednak zbyt poruszona tym co się zdarzyło w salonie i wcześniej, aby iść spać. Usiadła wygodnie w fotelu i wzięła do ręki książkę. Nie mogła jednak się skupić na tym co czyta. Jej myśli krążyły wokół mężczyzn. Wokół Olega, wokół Rodrigo i wokół nieznajomego z salonu. Każdy z nich budził w niej jakieś emocje, które próbowała zrozumieć. Analizowanie swoich emocji nigdy nie było jej mocną stroną. Ona czuła, a dlaczego czuła to co czuła było dla niej zawsze nieodgadnioną zagadką. Jakże chciałaby siebie znać i siebie rozumieć.
Wśród tych rozmyślań przysnęła na fotelu. Obudziło ją łaszenie się kota do jej nóg. Otworzyła oczy i spojrzała na podłogę. Nie było żadnego kota. Z resztą skąd wziąłby się kot w jej przedziale? Zauważyła, że Olega jeszcze nie ma w przedziale. Postanowiła więc iść do salonu i wypić gorącą kawę.
Pijąc kawę zastanawiała się gdzie jest Oleg, w salonie też go nie było. Z rozmyślań wyrwało ją pojawienie się Lilou.
- Przepraszam czy mogę się do Pani przysiąść?
- Będzie mi niezmiernie miło - odrzekła Laura
- Może wydam się Pani śmieszna, ale nie mogę spać. Cały czas mam wrażenie, że dzieje się coś dziwnego w tym pociągu. Nie mogę przez to spać - Lilou sprawiała wrażenie poruszonej - zapali Pani?
- Chętnie, może gdy we dwie tutaj posiedzimy, porozmawiamy o rzeczach nieistotnych, to obie się uspokoimy, też bowiem odnoszę to samo wrażenie co Pani, że dzieje się coś dziwnego a nawet niedobrego w tym pociągu.
13:22, donnavecchia
Link Komentarze (14) »
środa, 01 grudnia 2010
Legato i Stara Kamienica

Miarowy stukot kół toczącego się po szynach pociągu działał uspokajająco, zamykał w kołysce myśli, które łagodnym legato przecinały światy. Przymknęła zielone poddając się zmęczeniu, a one skierowały wzrok ku przeszłości dotykając wspomnienia.

Przechodziła właśnie pod oknami starej kamienicy, kiedy nagle coś spadło z góry. Instynktownie wyciągnęła ręce i pochylając się, tuż nad ziemią uchwyciła w nie coś, co wyglądało jak poszarpany kawałek mięsa ziejący czerwonymi kraterami otwartych ran. Przestraszyła się; chciała upuścić to, co znalazło się w jej dłoniach i uciec stukając obcasami starych, wygodnych bucików. Na chwilę zamknęła oczy i uspokoiła oddech pokonując strach. Poszła do parku i usiadła na swojej ławce pod kasztanowcem zastanawiając się, co ma zrobić z sercem, które ktoś wydarł sobie z piersi a teraz ona trzyma je w dłoniach. Z kieszeni wyjęła zapomnianą wsuwkę do włosów i przy jej pomocy, zaciskając zęby, podłączyła serce do swojego krwioobiegu.  Poczuła wypełniające ją zimno, arktyczny mróz ścinający wodę w lodowy kamień, zamieniający myśli w krwawy sorbet.  Patrzyła na padający deszcz. Wraz z nim spływał ból i cierpienie samotnego serca. Przeglądała się w jego kroplach jak w krzywym zwierciadle myśli. Niewiele rozumiała z tego, co się dzieje, ale przecież zawsze kierowała się instynktem. Bo przecież  nie ten najlepiej służy, kto rozumie.  Nie liczyła czasu; on płynął a ona wiedziała, że tak właśnie trzeba.  Bo tak. Serce powoli wracało do życia; jeszcze niemrawo, jeszcze nieśmiało...

Odgłos przekręcanego w zamku klucza otworzył zielone i przywrócił rzeczywistości. Kot wsunął się do kieszeni Fleur, a ona bezszelestnie przemknęła obok zdezorientowanej Lilou. Sleepingowy chrząknął, zatrzymując Fleur w miejscu. Kłaniając się podał jej niewielką kopertę w kolorze sepii .

23:49, chiantia
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 29 listopada 2010
Klucz

- Cóż za zuchwałość, to wprost niepojęte – myślała Lilou podążając do przedziału – od razu wiedziałam, że będzie problem z tym pogromcą robali… Jej oburzenie nie było jednak ani trochę tak święte, jakby tego chciała. W głębi ducha śmieszne zaloty pana Verity czule połechtały jej kobiecą próżność, tak dotkliwie nadszarpniętą ostatnimi czasy. Czy jest wszak coś, co poprawia kobiecie nastrój bardziej, niż męska atencja? Lilou nieuchronnie zbliżała się do granicy wieku, za którą mężczyźni przestają oglądać się z podziwem i gwizdać na ulicy, oczekując uśmiechu. Nie będąc żadną wielką pięknością, mogła liczyć, że w jej przypadku nastąpi to naprawdę szybko… Myli się ten, kto sądzi że dla jakiejkolwiek kobiety jest to bez znaczenia. W męskim pożądaniu kobieta odnajduje potwierdzenie swej najintymniejszej kobiecości. Tylko tam. Choćby był to tylko nędzny, malutki pogromca robali.

Drzwi jej przedziału nie chciały się otworzyć. Wielokrotne próby wkładania i przekręcania klucza nie odniosły rezultatu. W dodatku zza drzwi doszły ją jakieś głosy. Stojąc z kluczem w ręku, coraz bardziej zniecierpliwiona Lilou przyłożyła ucho do drzwi. Usłyszała strzępki rozmów, prowadzonych zapewne przez parę kochanków. – Albo to znów jakaś pomyłka, albo zwykły skandal – pomyślała i ruszyła ku sleepingowemu.

- Służę szanownej pani – sleepingowy otworzył drzwi swego kantorka, zanim zdążyła zapukać. Kątem oka, w głębi pomieszczenia dostrzegła odbicie w lustrze. Wydawało się jej, że widziała w nim postać Fleur z czarnym kotem na kolanach. – Niemożliwe – pomyślała, lecz zanim zdążyła spojrzeć raz jeszcze w tym kierunku – sleepingowy zamknął drzwi.

– Proszę pana, jestem już bardzo zmęczona, a nie mogę dostać się do swojego przedziału. Czy dokwaterował pan kogoś do mnie? Wydawało mi się, że słyszałam tam jakieś głosy.

- Ależ skąd, Mademoiselle Legeantou, nie ośmieliłbym się dokwaterować kogokolwiek bez pani wiedzy.

- Ale ja wyraźnie słyszałam…

Wąskim korytarzem dotarli na miejsce. Sleepingowy wziął klucz podany przez Lilou i bez trudu otworzył drzwi przedziału. Nikogo tam nie było… na łóżku leżała walizka, na fotelu w wielkim nieładzie - suknia i rozwiązany w pospiechu gorset.

- Dziękuję panu, nie rozumiem doprawdy jak mogłam być aż tak niezdarna. To zapewne ze zmęczenia… Dobrej nocy.

- Kłaniam się, do usług. Dobrej nocy. – zielone oczy błysnęły w półmroku i zniknęły za zamkniętymi drzwiami.

Lilou podeszła do okna. Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w ciemność, aż do zawrotu głowy. Zamknęła oczy i usiadła na łóżku, tuż obok walizki. Na poduszce dostrzegła spory dołek, w sam raz pasujący kształtem do śpiącego kota. Ostrożnie przyłożyła dłoń do poduszki. Była ciepła…

14:25, lady_lavender
Link Komentarze (20) »
czwartek, 25 listopada 2010
Koperta

 
Kołysanie po torach wywoływało fale we wszystkich wypełnionych płynami naczyniach. Tańczyła whiskey w szklanicach mężczyzn. Na ściankach kieliszków tańczyło wino, zataczjąc koła i leniwie ściekając po cienkiej ściance naczynia. Jedno z naczyń, jednostajnym ruchem podążało ku ustom Rodrigo. Rdzawo-złoty płyn schłodził na chwilę usta Portugalczyka. Rodrigo przymknął oczy na chwilę delektując się smakiem alkoholu. Zatrzymał whiskey na dłużej w ustach. Odstawił szklankę na stół. Zanim znowu przymknął oczy, dostrzegł wstającą od stołu Fleur. Zamknięty w ustach smak podążył w dół przez gardło i przełyk zostawiając ciepły i aromatyczny ślad. Za to bez żadnego smaku, aromatu i bez ciepła w powietrzu nagle zawisły znikąd złote iskry. Iskry mieniły się przez chwilę i po chwili wylała się z nich najczarniejsza czerń.

Ktoś ukradł walizkę - usłyszał czyjś krzyk przy zmarłym podróżnym. Jednej nie ma. Druga jest - słuchał zza krzaków Rodrigo. Wstrzymał oddech, bojąc się, że może być na tyle głośny, że jeźdzcy usłyszą go i znajdą. Postanowił nie ruszać się z miejsca. Przycisnął mocniej do siebie odciętą od ręki podróżnego walizę i trwał w bezruchu. Szukajcie go - krzyczał dowódca. Musi być bardzo blisko. Wystraszyliśmy go, więc uciekł pozostawiając konia. Uciekł, albo schował się. Szukać! Raz, raz! Po wydaniu rozkazu zabrał się za przeszukiwanie pozostawionego wraz z koniem bagażu Rodrigo. W jednej z sakiew znalazł plakat. Hmmmmm - mruknął pod wąsem - czyli niedługo się spotkamy panie Montanha. Będzie to bardzo krótkie i baaaardzo niemiłe spotkanie. Jedziemy do Porto - krzyknął. Wiem, kto to i gdzie go znaleźć. Gwizdnął kilkukrotnie na swoich ludzi. Wsiadł na konia i ruszył, ciągnąc za sobą rodrigowego rumaka.

Choć Rodrigo odetchnął z ulgą, żal było mu jego czworonożnego przyjaciela. Poza tym, w jednej chwili stracił swój artystyczny ekwipunek, podręczny bagaż, anonimowość i spokój sumienia. Jednakże najbardziej żal było mu tego, że nieprędko zobaczy się z rodzicami, bo - pomimo - że był już po trzydziestce, kochał ich chłopięcą prostą i czystą miłością. To, co pozostało Rodrigo w tej chwili, to walizka z nieznaną mu zawartością, nóż i świadomość strachu, kto i jak daleko będzie chciał go ścigać.

Kiedy jeźdźcy oddalili się postanowił ruszyć w drogę. Odczekał jeszcze klika minut i skierował się na wschód, w kierunku rzeki. Postanowił nie wracać do przewróconego powozu, bo może któryś z jeżdźców zasadził się tam na niego. Najciszej jak potrafi, stawiał kroki i oddalał się od miejsca, które - o czym jeszcze nie wiedział - całkowicie odmieni jego życie.

Wkrótce znalazł się nad brzegiem Duero. Przeprawię się wpław i poszukam miejsca na nocleg. Pływał świetnie, więc choć prąd mocno go popychał w stronę Porto, dość sprawnie przedostał się na drugi brzeg. Początkowo chciał schronić się pod gołym niebem, jednakże stwierdził, że w tak krótkim czasie nikt, kto chce go znaleźć, nie będzie szukał go w tej okolicy. Dlatego zdecydował się na małą tawernę. Zamówił dzban wina i koc. Dzban miał wystarczyć na najbliższe pół godziny - koc, wspólnie z kominkiem, na kilka godzin schronienia i odpoczynku. Sen przywiedziony wrażeniami dnia i posmakiem chrzczonego wodą wina nadszedł szybko.

- Tak panie, widziałem go. Śpi przy kominie - zarejestrował przez sen Rodrigo. Żeby móc działać z zaskoczenia, uchylił delikatnie powieki. Nie chciał pokazać intruzom, że obudził się i że ich słyszy. Omiótł zmrużonymi oczami oberżę. Nie było w niej nikogo. To sen, to tylko sen - wzdrygnął się.

Otworzył oczy szeroko. Dużo szerzej niż wydawało mu się, że miał je otwarte przed chwilą. Napięcie mięśni zelżało. Rodrigo osiadł głębiej w fotelu. Miał wrażenie, jakby zdrzemnął się chwilę. Przy stoliku zastał pannę Legeantou z twarzą na talerzu. Przyrodnik z ustami gotowymi na połknięcie największego motyla drzemał z głową przechyloną na oparciu fotela. Przemysłowiec, chwiejnym krokiem i trzymając się niewidzialnej, zawieszonej w powietrzu poręczy, oddalał się w korytarzu.

- Państwo wybaczą, pora spocząć. Mademoiselle Legeantou, signore Verity - ukłonił się śpiącym. Było mi bardzo miło poznać państwa i wspólnie spać przy stole. Teraz czas poznać słynną gościnność pokoju sypialnego. Do zobaczenia na śniadaniu i ruszył korytarzem, w którym przed chwilą znikła postać Laury. Chwilę później pchnął przed siebie drzwi przedziału sypialnego. Otuliło go przytulne wnętrze przedziału. Kiedy zamykał drzwi, zatrzymała je stopa sleepingowego!

- O que é isso, senhor?
- To dla pana - wręczył zdumionemu Rodrigo kopertę w kolorze ecru. Na kopercie nie było nic napisane. Rodrigo przysunął ją do nosa sprawdzając, czy skropiona jest perfumą. - De quem esta carta? - poniósł wzrok, ale sleepingowego przy drzwiach już nie było.

16:07, seventh_sense
Link Komentarze (23) »
Czary

Obudziła się z nosem w talerzu. Wyprostowała się na krześle i stwierdziła, że nic nie widzi. Przyczyną domniemanej ślepoty był sos orzechowy, który misternie pokrył szkła jej okularów. Widok był komiczny, Lilou przypominała monstrualnego bażanta w polewie.

  – Gdybym wiedział, że panią również podadzą w tym sosie, wstrzymałbym się z jedzeniem bażanta – usłyszała obok siebie piskliwy głos przyrodnika. Szybkim ruchem zdjęła okulary i ze zdziwieniem rozejrzała się wokół. – Musiałam zasnąć przy kolacji, jak to w ogóle możliwe? - pomyślała.

  – Obawiam się, że musiałby mnie pan najpierw ustrzelić, monsieur. Co tu się w ogóle stało? Jak to możliwe, że zostaliśmy sami?

– To czary, droga pani, najprawdziwsze czary – wyszczerzył się przyrodnik najwyraźniej wierząc w to co mówi.

– Zwariował pan! Jakie czary? – ledwie wypowiedziała te słowa, przypomniała sobie kocią sierść pod palcami, towarzyszącą dotykowi  sleepingowego i niejasne okoliczności, w jakich zasnęła z talerzem zamiast poduszki. Dreszcz znów przebiegł wzdłuż jej pleców.

– Jakie czary? – dodała już mniej pewnym głosem – pan raczy żartować? Przecież to bzdury…

– Od pierwszej chwili jestem pod pani urokiem, to pani rzuciłaś na mnie czar – wypalił mały człowieczek, zrywając się z miejsca.

– Ach, takie czary ma pan na myśli... Proszę pana, tak ja rzuciłam na pana czar, jak pan tę swoją siatkę na porucznika Rybakowa. Proszę nie imaginować sobie Bóg wie czego. Jak pan w ogóle śmie? – wzburzona Lilou rzuciła na talerz serwetę, którą czyściła okulary i szybkim krokiem odeszła od stolika, zostawiając niepocieszonego badacza zupełnie samego. – Cóż za egzemplarz – cmoknął po nosem – nie spocznę, póki nie dołączę go do mojej kolekcji – pomyślał i podejrzanie spokojnie sięgnął po niedopity kieliszek szampana.

14:55, lady_lavender
Link Komentarze (6) »
środa, 24 listopada 2010
***
 Laura siedziała w towarzystwie, gdzie nie do końca wiedziała kto jest kim. Jedno było pewne każdy przy tym stoliku był dziwny.
Lilou krzycząca swoją postawą, że to co Bogu się udało najbardziej to są kobiety, mężczyźni są źli do szpiku kości a jednak, paradoksalnie przyciągała uwagę ich wszystkich. Każdy z nich miał ochotę poczuć w dłoni jej pierś wyraźnie rysującą się pod białą bluzką. A ona? Ona nie zważała, a nawet ignorowała ich błagalne spojrzenia. Coś jednak mówiło Laurze, że ta kobieta potrzebuje swojego mężczyzny. Takiego na którym mogłaby polegać. Laura jednak wie, że tacy nie istnieją i współczuje w duchu Lilou...
Rodrigo? Nie wiadomo kto to jest. Okrywa go aureola tajemnicy, którą bardzo chce ukryć. A może to on sam jest tą tajemnicą?
Może dlatego właśnie w oczach Olega pojawił się strach gdy spojrzał na Rodrigo gdy pił z nią szampana? Czemu Oleg boi się Rodrigo? Pewnie nigdy się tego nie dowie. Poza tym ta wiedza nie jest do niczego potrzebna. Niech każdy zachowa swoje tajemnice dla siebie - ona też tak zrobi.
I najdziwniejsza postać. Fleur... Istota nie z tego świata. Niby jest, niby realna, można jej dotknąć, a mimo wszystko człowiek czuje się w jej towarzystwie jakoś dziwnie... Tak jakby miał do czynienia z wróżką, czarownicą, a może aniołem?
I ten dziwny sleepingowy. Irytująca osoba. Pojawiająca się w najmniej odpowiednich momentach.
O przemysłowcu i łowcy motyli nie potrafiła właściwie nic powiedzieć. Nie wzbudzili jej zainteresowania w ogóle. Za to przy stoliku w rogu salonu siedział samotnie mężczyzna. Dystyngowany, szpakowaty... gdy ich spojrzenia się skrzyżowały Laura poczuła gęsią skórkę na całym ciele. Szybko odwróciła wzrok.
Kolacja trwała, rozmowy przy stoliku trwały. Fleur wstała od stolika... i Laura poczuła, że usypia. Jak to usypia?! W saloniku?!
Gdy powróciła do rzeczywistości zorientowała się, że i inni też usnęli i dopiero teraz powoli zaczynają się budzić. Wszyscy zdziwieni co się stało. Przy stoliku nie było tylko Fleur.
Popatrzyli wszyscy zdziwieni na siebie i nie potrafiąc lub nie chcąc roztrząsać tego dziwnego snu zaczęli się ze sobą żegnać i udawać do przedziałów.
W tym momencie Laura uświadomiła sobie, że znów znajdzie się sam na sam z Olegiem w ich wspólnym przedziale...
Idąc korytarzem czuła znów na sobie spojrzenie Olega. Czy podejmie jeszcze jedną próbę uwiedzenia jej? Sama nie wiedziała czy ma na to ochotę, czy wolałaby aby zostawił ją w spokoju.
A może przygodny romans z obcym człowiekiem, z którym po opuszczeniu pociągu nigdy się nie spotka jest właśnie tym czego potrzebuje?
17:53, donnavecchia
Link Komentarze (13) »
***

W jadalnym zapadła pełna zdziwienia cisza a Fleur zatrzymała się w korytarzu. Wyjęła z kieszeni niewielką buteleczkę w kolorze starego złota i wysypała na dłoń niewielką ilość proszku. Wróciła do jadalnego i podnosząc otwartą dłoń do ust dmuchnęła na nią. W powietrzu zawirowały drobinki złocistego pyłu, a chwilę potem wszystkie obecne osoby zapadły w spokojny sen. Każdy ma taki świat, jaki widzą jego oczy, pomyślała. Każdy patrzy inaczej i niekoniecznie to, co widzi, jest rzeczywiste. W ciszę wkradał się miarowy stukot kół pędzącego pociągu. Kot wysunął z kieszeni głowę i rozejrzał się z ciekawością.

- Ha! Fleur, ty czarownico! Kiedyś spalą cię na stosie, zobaczysz, zachichotał uradowany.

Fleur wyjęła kota z kieszeni i bez uśmiechu spojrzała mu w oczy. Potem złapała za ogon i kręcąc nim kółka skierowała się do wyjścia. A za nią, jak cień, skradał się sleepingowy...

14:36, chiantia
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 22 listopada 2010
***

Żeby upić Rosjanina, należy postawić przed nim przynajmniej wiadro samogonu a nie butelkę szampana czy Jacka Danielsa. Młody oficer obok uroku osobistego niewątpliwie posiadał talent aktorski. Czy również poczucie humoru? Tego Fleur nie wiedziała. Instynktownie wyczuwała naturę człowieka; to było proste, ponieważ tutaj czas nic nie zmienia. Powietrze było nabrzmiałe emocjami, iskrzące, ciężkie jak przed burzą. Nie musiała zamykać oczu, żeby dostrzec instynktowną sprośność ruchów obecnych tu kobiet, tę sprośność, która stawia je ponad wszystkie inne cancaniéres. Natura obdarzyła je niezrównanym poczuciem rytmu i to właśnie sprawiało, że oczy mężczyzn nie mogły oderwać się od wnętrza błyskających erotyzmem ud. Podrywali je do tańca i skarżąc się w nim na swoją samotność ruchami ciała i słowami opisywali w kuszących barwach nuits d’amour. A one zostawały ich kochankami na jedną noc lub więcej. Zobaczyła, jak z ciał zsuwają się suknie obnażając alabastrową biel skóry, jak miękkim jedwabiem opadają na podłogę. Iskrząca czerwień ust zapraszała do środka, na początku nieśmiało, z dziewiczą kokieterią, która z czasem przeradzała się w pełne wyuzdania zachowanie tygrysicy.

Poczuła zmęczenie. Kot zwinnie wskoczył na jej uda i zaczął się przymilać. Potem wsunął się do kieszeni, a Fleur wstała. W szybie zobaczyła swoje odbicie; bladą, drobną twarz usłaną piegami. I niesforne, miedzianorude kosmyki wymykające spod władzy spinek. Zielone zmieniły kolor na bursztynowy i zaczęły chować się pod powiekami. Fleur zdmuchnęła światło i wyszła.

 

 

00:34, chiantia
Link Komentarze (8) »
niedziela, 21 listopada 2010
Wspólna droga

- Prastitie druzja, wybaczcie zamieszanie. Jest mi doprawdy wstyd - oficer carskiej armii pojmany w siatkę na owady! Ech, żyzni... Każdy prawdziwy Rosjanin traci głowę w otoczeniu pięknych kobiet.- Oleg niepewnie uniósł się z krzesła. – A pięknych kobiet przybywa z każdym kieliszkiem. – zawiesił ściszony głos przy uchu Rodrigo, jednocześnie patrząc na Lilou. Przez chwilę zastanawiał się co też jeszcze przed momentem w ogóle w niej zobaczył. Siatka na motyle podziałała jak zimny prysznic. - Myślę, że powinienem państwa pożegnać – dodał nieco pewniejszym tonem – pozwólcie więc, że udam się do siebie.

- Nie ma takiej potrzeby, drogi oficerze, przecież nic się nie stało – wtrącił wciąż rozbawiony fabrykant – zaraz podadzą kolację, stracisz pan bażanta w sosie orzechowym. Stewardzi już niosą półmiski. No siadaj pan, chyba że mogę liczyć na pańską porcję! – roześmiany fabrykant dobrodusznie pogłaskał się po brzuchu i ruszył w kierunku wspólnego stolika.

Towarzystwo wyraźnie rozluźnione niedawnym incydentem sprawiało wrażenie grupy dobrych znajomych. Ludzkie słabości mają nieocenioną moc przełamywania lodów, są cudownym rozgrzeszeniem dla naszych własnych przywar. Dlatego łatwiej wybaczamy błędy, niż znosimy cudzą doskonałość… Wieczór upływał wśród śmiechu i rozmów. Jedynie stukot kół przypominał, że ta urocza kolacja jest dziełem absolutnego przypadku i że ludzi przy stole tak naprawdę zupełnie nic nie łączy. Nic prócz wspólnej drogi.

 

18:56, lady_lavender
Link Komentarze (10) »
piątek, 19 listopada 2010
***
Laura zastanawiała się co ją skusiło aby poprosić o papierosa. Nigdy przecież nie paliła. I co dziwniejsze, podobało jej się to. Kobieta, która ją poczęstowała papierosem z troską w głosie zapytała czy wszystko w porządku. Zdziwiła się Laura tą troską. Nie jest do czegoś takiego przyzwyczajona. Odniosła jeszcze jedno dziwne odczucie, jak gdyby kot otarł się o jej nogi. Dziwne...
Podziękowała za papierosa, chciała się przedstawić, jednak nie zdążyła. Do salonu wszedł Oleg. Bez pytania wziął butelkę, z któregoś ze stolików. Wypiwszy prosto z butelki kilka łyków zatoczył się i wylądował z siatką na motyle na głowie.
- Boże co za fajtłapa, jak ktoś taki mógł zostać żołnierzem i czemu, co najdziwniejsze, tak mnie podnieca jego dotyk, ten pieszczący szyję oddech - rozmyślała Laura.
Portugalczyk zaczął zapraszać do stolika Olega, przemysłowca uboższego o butelkę i nieszczęsnego łowcę motyli i zamawiać alkohol.
- Przepraszam Panie, że się nie przedstawiłam gdy tak bezceremonialnie poprosiłam o papierosa, nazywam się Laura Civetta i dziękuję jeszcze raz za papierosa - powiedziała Laura do kobiet, które zostały przy stoliku.
Do stolika przysiedli się panowie. Siedmioro przy jednym stoliku... Czy to aby nie jest już tłok? A może ta siódemka przyniesie szczęście w podróży?
Laura stwierdziła jednak, że ona chyba długo w tym towarzystwie nie zabawi. Zbyt dużo emocji jak na jeden dzień... Tylko czy ten dzień się już skończył? Coś Laurze mówiło, że płonne jej nadzieje na szybkie udanie się do przedziału i sen spokojny.

20:50, donnavecchia
Link Komentarze (3) »
Cygaro

 
- Ha ha ha - prawie falsetem zaśmiał się przyrodnik - czerwony cały, z zielonym ornamentem. I duży, hue hue, no patrz pan, jaki duży.
- Duży, oj duży - wtórował śmiechem przemysłowiec - tylko problem mieć pan będziesz - i nie czekając na pytanie przyrodnika dotyczące owegoż problemu, sam udzielił wyjaśnienia - no będziesz mieć problem, bo strasznie długo będzie się suszył, ha ha, taki nasączon.

Lilou złożyła usta w dziubek, żeby nie parsknąć śmiechem. Gdyby przypatrzeć się jej dokładnie, można by zauważyć, jak mocno ściskała szczęki, żeby nie zdradzić się z rozbawieniem, w które wprawił je eliptyczno-ekwilibrystyczny taniec Rosjanina. Laura zareagowała bardziej ekspresyjnie. Wypuściła z siebie wciągnięty przed chwilą dym przez również udziubkowione usta. Gdyby w tym momencie rozległ się gwizd lokomotywy, ktoś mógłby uwierzyć, że to Laura. Rodrigo wstał szybko i udając spacer na linie przeszedł chwiejąc się trzy kroki w kierunku krzesła, które stanęło na drodze rosyjskiego tyłka ku podłodze wagonu. Wyciągnął dłoń.

- Давай мой друг...

Oleg wytrzeszczył jeszcze bardziej wytrzeszczone już oczy i... wytrzeszczał je nadal. W głowie kołatały mu zmieszane alkohole, stukot kół i rechot przemysłowca. Rodrigo nie czekał z zaproszeniem, uznając, że Oleg ma ochotę jeszcze chwilę posiedzieć z siatką na głowie. Nie chcąc pokrzyżować mu za bardzo planów, sięgnął za brzeg siatki, uniósł ją do połowy i sięgnał dłonią w okolice skroni. Sięgnął dalej i zza ucha wychyliło się dorodne kubańskie cygaro. Kot Fleur podniósł na nie wzrok i sekundę później zaległ w przerwaną drzemkę. Przynajmniej tak widziała Fleur, no bo wszak nikt inny widzieć tego nie mógł.

- Por favor senhor - zwrócił się do przemysłowca, to na osłodę utraty poczciwej whiskey. Garçom - podniósł rękę - poproszę jeszcze jedną, pełną - błysnął białymi zębiskami - butelkę. I zapraszam panów - ukłonił się delikatnie przemysłowcowi, motylemu myśliwemu i wciąż znieruchomiałemu Olegowi. Mam nadzieję, że panie - i znów kłaniał się, tym razem do Laury, Lilou i Fleur - nie będą mieć mi za złe, że sprowadzam do naszego stolika tak liczne grono. Wybornie, będzie nas siedem osób. To dobra liczba... To bardzo dobra liczba...

00:07, seventh_sense
Link Komentarze (25) »
środa, 17 listopada 2010
Siatka na motyle

Lilou z ulgą stwierdziła, że porucznik carskiej gwardii zatrzymał się przy pierwszym lepszym stoliku. Ciężka atmosfera opadła wraz z wizją mordobicia.  Niestety,  nie na długo. Dobrze podpity oficer mamrocząc coś niewyraźnie pod nosem sięgnął po butelkę stojącą w zasięgu ręki i jednym haustem opróżnił ją niemal do dna. – Ach, ci Rosjanie… Jak oni to robią? – pomyślała łącząc niedowierzanie z odrazą.

Kątem oka kilka stolików dalej dostrzegła swojego amanta – przyrodnika  z dworcowego peronu. Nawet tu przytaszczył te swoje siatki na motyle, najwyraźniej nie umiał się bez nich obejść ani przez moment. Może były tak cenne, że bał się zostawić je bez opieki? Czuła, że nie spuszcza z niej wzroku. Że też musiał ją dopaść ten nieszczęsny tik akurat wtedy, gdy żegnając się z żoną spojrzał w jej stronę. Teraz facet myśli że dostał zaproszenie i zwyczajnie nie odpuści. Cóż za głupia historia…

Rosjanin zakołysał się lekko i ruszył w stronę ich stolika. Lilou z przerażeniem stwierdziła, że jego natarczywy wzrok koncentruje się na wysokości jej piersi. – Czyżby był aż tak pijany, że zapomniał za kim tu przyszedł? – Lilou struchlała. Rybakow nacierał w ich stronę. Nagłe szarpnięcie stalowego składu wytrąciło go z równowagi. Próbując utrzymać pion zatoczył się w stronę stolika zajmowanego przez badacza owadów. W obawie przed upadkiem chwycił pierwszą rzecz jaka znalazła się w zasięgu jego dłoni. Pech chciał, że była to siatka na motyle, która w żaden sposób nie mogła zapewnić mu asekuracji. Opadł bezwładnie na wolne krzesło, a siatka z gracją spadła mu na głowę.

- A niech mnie diabli – wypalił gruby przemysłowiec w kierunku badacza fauny – ale okaz pan złapałeś!!!

12:31, lady_lavender
Link Komentarze (22) »
Sufrażystka

Oleg rozejrzał się w poszukiwaniu Laury. Paliła papierosa w towarzystwie agenta i tamtych dwu kobiet. – A może i ona… - przemknęło mu przez myśl. Przyjrzał się bliżej tej dziwnej grupie stwarzającej wrażenie starych znajomych.  W oczach filigranowej francuzeczki - wcześniej słyszał jak przedstawiała się imieniem Lilou - dostrzegł błysk przekory. Okrągłe okulary i gładka fryzura nadawały jej dziewczęcej  twarzy cech ostentacji. Obcisłe spodnie i biała bluzka sprawiały wrażenie, jakby cała była manifestem niezależności i braku jakichkolwiek norm moralnych. Bez wątpienia była kobietą wyzywającą, a pozorna pewność siebie, aż prosiła się o kogoś, kto poskromiłby jej  wybujałe libido. – Zapewne nie nosi nawet gorsetu – spojrzał na drobne piersi Lilou, które wyraźnie odcinały się od bieli materiału. Niczym płatki śniegu, niczym duch poruszający się w ciele, nabrzmiałe sutki pod baldachimem tkaniny wyzywały do pieszczot podbrzusza. Należała zapewne do sufrażystek ścinających swe włosy, aby stać się dziewczynką, która szminką rysuje twarz kobiety, podkreślając w ten sposób krwistość łona.

Wyobraźnię opanowało mu diabelskie opętanie, które wyginało ich ciała w piekielne figury. Języki grzeszyły w miejscach nieprzyzwoitości, w słowach pełnych zachwytu własną lubieżnością. Na moment zachłysnął się słonym potem jej ciała, widział jak klęczy przed nim z błaganiem o pokarm. Czuł jak rzeźbi palcami wiraże zakrętów, próbując ukryć własne istnienie w zapisie płomiennej pieśni, jak zjawa wśród padającego śniegu. W jej oczach ujrzał, że nie jest dziś pierwszym, który snuje podobne fantazje. Rybakow stał w drzwiach salonu i czekał, by usłyszeć jak bije mu serce w oczekiwaniu przebudzenia.

Po raz wtóry poczuł, że jest głupcem. Postanowił jednak nie poddawać się i grać narzuconą mu przez życie rolę idioty do końca. – Bez mienia, mienia żenili – westchnął i sięgnął po stojącą na najbliższym stole flaszkę Jacka Danielsa. Oszołomiony gruby przemysłowiec, najwyraźniej właściciel flaszki, spojrzał na niego wzrokiem tyle samo przestraszonym, co otumanionym. Oleg pociągnął głęboki łyk i roztrącając nic nierozumiejących kelnerów szedł w stronę Lilou. Myślał o statkach wypływających z samotnych portów, o zamieci tworzącej zmarszczki w strukturze jej białej bluzki.

ps. Część tego tekstu jest napisana w oparciu o erotyki naszej drogiej czytelniczki Szkiełko81 – za co serdeczne hvala liepa Szkiełko :)

10:31, proszalny
Link Komentarze (21) »
***

- Bardzo dziękuję za zaproszenie, jednak musicie mi państwo wybaczyć. Moja towarzyszka źle się poczuła i czuję się w obowiązku sprawdzić, czy wszystko u niej w porządku.

- Taaaak, ciekawe… jaki troskliwy, chyba zaraz się rozpłaczę – sarkastycznie pomyślała Lilou i chwilę później faktycznie zebrało ją na płacz. – Dziewczyno, co się z tobą dzieje, jeszcze moment i zaczniesz kąsać - rozgoryczenie  i frustracja osiągnęły poziom, który zaczął przeszkadzać jej samej. Miała wrażenie, że jad jaki z siebie sączy niedługo zatruje jej własne wnętrzności.

Nie była pięknością w klasycznym tego słowa znaczeniu, nawet w połowie nie mogła równać się z piękną Laurą, czy tajemniczą Fleur. Nie była również wytworną damą, której woal kapelusza ukrywał nie do końca czyste konto i przydawał pewności siebie. Miała jednak w sobie czar, jaki daje kobietom poczucie humoru i inteligencja, ujawniająca się w rezolutnych rozmowach i bystrych spojrzeniach. Oczy ukryte za okrągłymi okularami zdradzały pogodną naturę. Silne emocje lub nagłe zaskoczenie uwalniały mimowolny tik, mrużący jedną z powiek i sprawiały że źrenice Lilou nieznacznie zbiegały się ku sobie. Nie miało to jednak wielkiego znaczenia.

Taka charakterystyka mogła opisywać ją całkiem trafnie jeszcze do niedawna. Wielki miłosny zawód wpędził jednak Lilou w czarną depresję. Siedząc w saloniku zdawała sobie powoli sprawę z tego, że zupełnie nie jest sobą. Zgorzkniała i złośliwa, przechylająca  nader często zdradliwe szkło, gotowa w przypływie złości na  podły los wpaść w ramiona przypadkowego kochanka lub popełnić mord na zgoła niewinnym przedstawicielu płci przeciwnej… - Weź się w garść, dziewczyno, nim żal doprowadzi cię do obłędu. Może poświęcić się bez reszty idei? – jej wzrok padł na dziennik, leżący na stoliku z prasą. Dziewiczy rejs giganta – tytuł opatrzony zdjęciem Titanica zapowiadał jego pierwszy rejs. – Technika tworzy cuda, a kobiety wciąż znaczą tyle, co nic – Z zamyślenia wyrwał ją kobiecy głos.

- Czy byłaby Pani tak uprzejma i poczęstowała mnie papierosem?- obiekt starań rosyjskiego oficera niespodziewanie powrócił do saloniku otoczony nimbem roziskrzonego erotyzmu, mogącego być  wyłącznie efektem rodzącej się, niezaspokojonej jeszcze namiętności. Zamglony wzrok i nieład na głowie przyprawiały oblicze Laury szczyptą zmysłowego szaleństwa. Kobieta w takim stanie przyciąga demony, powinny więc chronić ją silne ramiona kochanka – w przeciwnym razie jest zupełnie bezbronna… - Uważaj, Lauro – dźwięczało ostrzegawczo w powietrzu.

- Bardzo proszę, służę pani papierosem. Czy wszystko w porządku? – zapytała Lilou z nieukrywaną troską w głosie.

- Ależ tak, dziękuję. Poczułam nieodpartą potrzebę, by zapalić, a widziałam że pani pali.– odpowiedziała uspokajając emocje. Portugalczyk wyraźnie urzeczony nagłą przemianą Laury nagle zerwał się z miejsca, by powtórzyć sztuczkę z ogniem. – Ilu mężczyzn, tyle dróg prowadzących do tego samego celu – westchnęła Lilou. W chwili gdy Rodrigo zbliżał dłoń do twarzy Laury w drzwiach stanął porucznik Rybakow. Lilou miała wrażenie, że cała krew w jednej chwili napłynęła mu do twarzy… Zatrzymany w kadrze restauracyjny przypominał laskę dynamitu, na krótką chwilę przed eksplozją.

08:03, lady_lavender
Link Komentarze (31) »
 
1 , 2 , 3
| < Wrzesień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30

10 kwietnia 1912 roku, dokładnie w południe na mostku Royal Mail Steamer Titanic padła komenda Full ahead. Powietrze w Southampton wypełniło przeciągłe buczenie syren.

Dzień wcześniej na dworcu Estacion de Atocha w Madrycie, podróżni zajmowali miejsca w kolejowych wagonach. Wśród tłumu ukryli się jeszcze wtedy anonimowi bohaterowie. Srebrna nić losu prowadzi ich wprost do Władywostoku. Czy podróż potrafi odmienić los?

 

Lilou Legeantou zwana Pettite. Francuzeczka, nieszczęśliwa, stara panna, lat 30, rozpamiętująca w nieskończoność dawną miłość. Sufrażystka, nauczycielka francuskiego, angielskiego i rosyjskiego, kobieta niezależna w miarę możliwości epoki - co zresztą jest przyczyną jej dramatu. Narzeczony nie chciał takiej żony. Wątła i w sumie urodziwa brunetka z lekkim zezikiem, co tylko przydaje jej uroku. Gdy patrzy z ukosa, a w zasięgu wzroku stoją dwie osoby - może się zdarzyć, że nie wiadomo na kogo patrzy - może to być przyczyną zabawnych nieporozumień;-) W głębi ducha niepoprawna romantyczka o skrzętnie skrywanym, ognistym temperamencie. Chwilowo nienawidzi mężczyzn za wszystko, co jej w życiu zrobili (właściwie jeden z nich - były narzeczony, którego wciąż kocha). Do pociągu wsiada w nadziei, że nowe miejsca i nowe znajomości pomogą jej zapomnieć. Wsiada na dworcu w Madrycie, zmęczona pogonią za cieniem ukochanego, który mieszka tu z ciężarną żoną. Planuje podróż do Moskwy, gdzie chce uczyć francuskiego.

Lady Lavender

Laura Civetta. Włoszka. Wysoka, szczupła (pięknie wygląda w długich spódnicach) czarne długie włosy lekko falujące. Lat 34. Oczywiście chodzi w swoich ukochanych kapeluszach. Ubiera się na czarno, udaje wdowę, tak naprawdę jednak ucieka od swojego męża Hiszpana, wyjątkowo zazdrosnego, i od nieudanego małżeństwa. Na pierwszy rzut oka niedostępna, dumna i stroniąca od towarzystwa. Trzyma nos w książce i nie jest skora do rozmowy z obcymi. Z czasem okazuje się jednak... no ale to z czasem się dopiero okaże :) Kobieta zamożna. Czuje się oszukana przez życie, w końcu miało ono wyglądać jak bajka.

Donnavecchia

Fleur de la Pluie. Tak się nazywała. I lubiła gorzką czekoladę z delikatną nutą pieprzu. Bo gorzka czekolada kryje w sobie tajemnicę i niepokój. Miała dobre życie a jej świat zawsze wart był powrotu. Bo ona lubiła uciekać, włóczyć się, ale zawsze wracała do miejsca, z którego wyruszała. Tym razem nie było inaczej; kiedy rano otworzyła oczy poczuła w sobie to coś, co wyganiało z ciepłego łóżka, z wygodnego życia i kazało wędrować, sięgać po zakazany owoc. Zapach miłości łagodnie opadał na jedwab prześcieradła i kusił spełnieniem. Wyciągnęła dłoń w stronę poduszki i z pamięci narysowała profil jego twarzy, który znała tylko ze snów. Dotknęła pełnych ust przywołując ich smak i cudowną miękkość, którą poznał każdy centymetr jej ciała. Zanurzyła się w tym wspomnieniu na krótką chwilę, żeby nabrać sił, żeby zabrać je ze sobą do świata, o którym czytała w książkach i którego zapragnęła doświadczyć zmysłami. Spojrzała na oś czasu i wybrała jego przedział oraz miejsce, w które się przeniesie. Nie zabierze ze sobą nic, prócz słów, którym nikt nie da wiary. Przeciągnęła się leniwie czując w lędźwiach przyjemny, znajomy dreszcz. Już czas. Z szuflady wyjęła małe, srebrne nożyczki i zaczęła nimi przecinać nitki łączące ją z rzeczywistością. Powoli stawała się czystą kartą papieru; gotową na zapisanie... Nie wiedziała ani kim jest, ani dokąd zmierza. Ale właśnie o to chodziło; żeby odkryć się na nowo i zachwycić się sobą i światem...

Chiantia

Oleg Rybakow. Bolszewik i anarchista. W przebraniu leuitnanta Siemionowskiego Pułku Lejbgwardii podróżuje do Władywostoku, by zawieźć tamtejszej organizacji, wiadomości i pieniądze od hiszpańskich towarzyszy. Miłośnik dymiących samowarów i poetyckich wieczorków przy świecach. W małej walizce wiezie ze sobą tomiki Lermontowa i dwa komplety bielizny na zmianę, oraz wspomniane diengi. Ma dwie słabości - kobiety i materiały wybuchowe. Wiek około dwudziestu paru lat połączony z naiwnością błękitnego spojrzenia, czyni z niego prawdziwą maszynę do zabijania. Rewolucjonista z zamiłowania, a może z przypadku, ponieważ ojca i matkę zabito mu w carskich kazamatach. Na ogół gentelman, ale jak zajdzie potrzeba to i w pysk potrafi dać.

Proszalny

Rodrigo Alin de Leonel Montanha urodził się 11 lipca 1881 roku na przedmieściach Porto w ubogiej chacie tuż nad brzegiem Duero. Jego ojciec był portugalskim marynarzem a matka Marokanką. Nonszalancki, zdecydowany, bystry, pełny uroku. Nosił krótkie ciemne włosy. Miał spaloną od słońca skórę, na której kontrastowały białe zęby i białka oczu. Dzieciństwo i młodzieńcze lata spędził na ulicy pracując w teatrzykach ulicznych i trupach kuglarzy. Montanha do szkół żadnych nie uczęszczał. Swoją dużą wiedzę zawdzięczał pasji czytania. Perfekcyjnie władał nożem i pięściami. Lata występów ulicznych uczyniły go mistrzem wiedzy iluzjonistycznej, magii i sztuczek wszelakich. Kilka dni temu wracając samotnie z występów w Avintes zauważył przewrócony powóz. Nieopodal znalazł ciało wraz z przypiętymi do nadgarstków pokaźnymi walizami. Mężczyzna nie żył. Rodrigo bez namysłu zabrał się za uwolnienie waliz od denata. Kiedy rozpoczynał przecinanie pasów drugiej walizy, usłyszał tętent koni. Spłoszony chwycił walizę i ukrył się. Kiedy część przybyłych jeźdźców przeszukiwała okolicę, kilku oglądało przewrócony powóz i leżące blisko niego zwłoki. Jeden z ludzi przyprowadził konia Rodrigo. Dowódca wyciągnął z sakiew afisze. Na afiszu zamiast Magia Rodrigo Montanha, pojawił się napis Mnie szukajcie, to ja gwizdnąłem waszą walizę - Rodrigo; adres znajdziecie w każdej tawernie w Porto. Wiedział w tej chwili, że musi uciekać od nieznajomych poszukiwaczy skradzionej walizki. Wiedział, że nie może już wrócić do domu. Martwił się, że nie może ostrzec rodziców. Bał się, że tak i im, jak i jemu grozi niebezpieczeństwo. W tamtej chwili wymyślił, że ucieknie. Że ucieknie być może na koniec świata, o którym słuchał w opowieściach ojca. Zanim wybrał kierunek końca swojego świata, zdecydował, że pojedzie koleją. Koleją, o jakiej słyszał, że można najdalej zajechać. Tą decyzją, jak mniemał, podaruje sobie bilet do nowego życia, albo bilet na próbę nowego życia. Bilet z wystemplowaną wrzosowym tuszem datą 9 kwietnia 1912, godz. 17.00.

Seventh Sense